"Japońskie cząstki elementarne " - Joanna Bator

- marzec 2005, Gazeta Wyborcza


Popularne japońskie przysłowie głosi: "Wystający gwóźdź zostanie wbity", dając do zrozumienia, że w tym kraju nie ma miejsca dla indywidualistów i nonkonformistów. A jednak w kulturze japońskiej coraz częściej pojawia się postać outsidera

Zapytany o przykład indywidualisty japoński socjolog Daisaburo Hashizume wskazał premiera Junichiro Koizumiego. Rozwiedziony, długowłosy i ekstrawagancki Koizumi rzeczywiście wyróżnia się na tle swych konserwatywnych kolegów. Jego zachowanie nieraz wzbudzało sensację. Gdy w 2001 r. podczas mistrzostw sumo po odczytaniu tradycyjnej formułki dodał od siebie parę słów podziwu dla zwycięzcy, w mediach rozpętała się burza. Odstępstwo od ściśle określonej formy postępowania i publiczna manifestacja uczuć w Japonii wciąż jest zdarzeniem z pogranicza skandalu. Emocjonalna spontaniczność Koizumiego zyskała mu tyluż zwolenników co wrogów, wywołując kolejną falę dyskusji na temat rodzącego się w Japonii indywidualizmu.

Trzecia wielka zmiana?

Antyindywidualizm, kolektywizm i silna solidarność grupowa to cechy, które do niedawna wydawały się esencją japońskości. To w nich upatrywano źródeł niebywałego sukcesu ekonomicznego Japonii po II wojnie światowej. Zachód ze zdumieniem i odrobiną zawiści spoglądał na japoński cud gospodarczy - niektórzy twierdzili nawet, że tylko Japończycy znają właściwą drogę do sukcesu, a reszta świata powinna ich naśladować. Japonia przypominała ekskluzywny klub, który zapewnia swym członkom bezpieczeństwo w zamian za przestrzeganie zasady bezwzględnego pierwszeństwa interesu grupowego. Gwarantowane zatrudnienie, etat na całe życie, bezpieczeństwo, trwała rodzina, rosnące bogactwo - wszystko to na pierwszy rzut oka było godne pozazdroszczenia.

Jednak na początku lat 90. minionego wieku pękła japońska bańka mydlana - zaczął się kryzys gospodarczy, który trwa do dziś. W 1995 r. zdarzyły się dwie katastrofy - trzęsienie ziemi w Kobe i zamach terrorystyczny sekty Aum Shinri Kyo (Najwyższa Prawda) w tokijskim metrze - które pokazały, jak złudna jest wiara w trwałość i bezpieczeństwo.

Kryzysowi gospodarczemu towarzyszą zjawiska społeczne i kulturowe świadczące o załamywaniu się starych mitów. Coraz częściej do głosu dochodzi kiełkujące już wcześniej podejrzenie, że to właśnie kolektywizm i silna solidarność grupowa stanowią największy problem Japonii. Patrick Smith w książce "Japan. A Reinterpretation" twierdzi, że na początku lat 90. Japonia stanęła na progu trzeciej wielkiej zmiany. Pierwszą było otwarcie na świat po wiekach izolacji w okresie Meiji (1868-1912) i będąca jego konsekwencją industrializacja. Drugą - przyjęcie w 1946 r. konstytucji wzorowanej na amerykańskiej, które rozpoczęło trudny proces demokratyzacji. Trzecią wielką zmianą jest zwrot ku indywidualizmowi.

Najprościej rozumiany indywidualizm - czyli styl życia, w którym "ja" uważa się za ważniejsze niż "my" - od początku lat 80. ubiegłego wieku manifestuje rosnąca grupa młodych Japończyków. Coraz częściej mężczyźni protestują przeciw poświęcaniu całego życia swojej kaisha, czyli firmie - wolą oddawać się hobby lub spędzać czas z bliskimi, miast uczestniczyć w przymusowych popijawach po pracy. Coraz częściej rola tradycyjnej "dobrej żony i mądrej matki" nie wydaje się kobietom tak kusząca jak życie w pojedynkę, podróże, a nawet - rzecz wcześniej niebywała - kariera zawodowa. Dzieci sprawiają coraz więcej kłopotów wychowawczych, reagując agresją lub wycofaniem na szkolny horror i "egzaminacyjne piekło". Niedawno uwolnieni z Iraku japońscy zakładnicy, miast ubolewać nad "utratą twarzy" i spowodowanym zamieszaniem, pozwali do sądu rząd, winiąc go za udział Japonii w wojnie i domagając się zadośćuczynienia za osobiste przykrości, jakich doznali z tego powodu.

U podłoża wszystkich tych zjawisk leży rozczarowanie japońskim grupizmem, którego mottem było: "Pracuj ciężko, próbuj z uporem, a może uda ci się być takim jak inni". Na scenie kultury pojawiają się bohaterowie jak z powieści Harukiego Murakamiego czy Banany Yoshimoto - marzyciele, samotnicy, nonkonformiści bez stałego zatrudnienia i rodziny, egoistyczni konsumenci luksusowych towarów, uparci poszukiwacze straconych złudzeń, którzy za nic mają społeczne nakazy i zakazy. Japońscy indywidualiści na pewno nie stanowią większości, ale ich obecność staje się coraz wyraźniejsza. Zupełnie nie pasują do stereotypu Japończyka pracoholika oraz oddanej domowi i rodzinie, pełnej cichego poświęcenia Japonki.

Kolektywizm banzai

Czy Japończycy rzeczywiście są urodzonymi antyindywidualistami? Nic podobnego - odpowiada wybitny specjalista od mediów prof. Tetsuo Kogawa. W artykule "Beyond Electronic Individualism" mitem nazywa obraz Japończyka antyindywidualisty, ochoczo uśmiercającego własne "ja" na ołtarzu grupowej powinności. W japońskiej tradycji istniała tradycja indywidualizmu, która jednak została stłumiona przez odgórnie narzucony "kolektywizm banzai". Do jego powstania przyczyniło się umocnienie i centralizacja władzy politycznej w okresie Meiji, co prowadziło do zniszczenia różnorodności tradycji lokalnych i sztucznej stratyfikacji społeczeństwa. Stworzono wówczas rozbudowany system kontroli. Na rzecz "kolektywizmu banzai" pracowało wojsko, edukacja i rodzina, której jednym obowiązującym modelem stała się wówczas więź patrylinearna i władza patriarchalna.

Po wojnie potężnym sojusznikiem "kolektywizmu banzai" stały się media, które - zdaniem Kogawy - funkcjonują w Japonii jako "narzędzie społecznej amnezji" w rękach władzy. Powojenna mobilizacja społeczeństwa została podporządkowana jednemu celowi - sukcesowi ekonomicznemu - a kulturę niemal zmiotło tsunami technologii. Sztucznie przeszczepiona demokracja nie zakorzeniła się w Japonii i dlatego "kolektywizm banzai" rósł w siłę.

Banzai! - okrzyk, któremu towarzyszy wyrzucenie ramion w górę - to japoński sposób wyrażania radości albo poparcia dla autorytetu. Lider grupy wznosi ten okrzyk jako pierwszy, reszta idzie za jego przykładem. Zdaniem Kogawy „ ťkolektywizm banzai Ť nie jest spontaniczny, lecz jest manipulowany jak każdy kult”. Podobnie, „pracoholizm i poświęcenie dla grupy nie jest spontanicznym zachowaniem społecznym, lecz zjawiskiem o charakterze politycznym, odgórnie sterowanym przez władze”.

Kogawa twierdzi jednak, że legendarne posłuszeństwo Japończyków wobec zasad "kolektywizmu banzai" może okazać się bardziej powierzchowne, niż się wydawało. Antyindywidualizm to tatemae, czyli oficjalne stanowisko Japończyków, podczas gdy honne - ich prawdziwe intencje i pragnienia - mogą być zupełnie inne. Rosnący indywidualizm jest wpisany w logikę konsumpcyjnego społeczeństwa późnego kapitalizmu, nieuchronnie więc musi dojść do konfliktu między ową logiką a "cesarskim systemem" politycznym. Zdaniem Kogawy Japonia stoi dziś wobec wyboru kluczowego dla jej przyszłości - między społeczeństwem demokratycznym i indywidualistycznym a społeczeństwem jeszcze bardziej represywnym i kolektywnym.

Jeszcze dalej idzie Haruki Murakami, najjaśniejsza dziś gwiazda japońskiej literatury. Bohater jego powieści - zwykle mężczyzna koło trzydziestki, samotny lub rozwiedziony, niemający pracy lub dorywczo wykonujący jakiś zawód, pijący piwo i słuchający amerykańskiej muzyki, przeciętny i pozbawiony wielkich ambicji - funkcjonuje na obrzeżu konformistycznego społeczeństwa, którego wymogom nie chce lub nie potrafi sprostać. Dopiero postawiony w obliczu niesamowitych zdarzeń i konieczności podjęcia decyzji pokazuje swoją jakość - okazuje się zdolny samotnie stawić czoło wyzwaniom, buntuje się, dokonuje wyborów we własnym imieniu, a nawet okazuje cechę rzadko przypisywaną Japończykom - poczucie humoru.

Fascynacja postacią japońskiego outsidera skłoniła Murakamiego do podjęcia się trudnego zadania. Pisarz przeprowadził szereg wywiadów z ofiarami i sprawcami ataku w tokijskim metrze w 1995 r. Z rozbrajającą szczerością opowiada o swej początkowej niechęci wobec sarariimana - konformisty oddanego swej firmie niczym sekcie. Tacy ludzie przez trzydzieści lub czterdzieści lat wstają o 5.30, by dotrzeć do pracy i wracają po 22.00, gdy ich dzieci już śpią. Nie skarżą się, bo nie znają alternatywy. Zdaniem Murakamiego to właśnie ów brak alternatywy upodabnia ich do przedstawicieli sekty Aum, ślepo oddanych jednej opcji. Pisarz twierdzi, że dla ludzi poszukujących, pogubionych, naiwnie idealistycznych, którzy zawierzyli "prorokowi" Shoko Asaharze, nie było innego miejsca w systemie. "Nikt ich nie akceptował i dlatego zwrócili się ku kultowi. (...) Brakowało im punktu odniesienia pozwalającego stwierdzić, co jest dobre, a co złe".

"Kolektywizm banzai" jest dla kultury japońskiej tym, czym indywidualizm cząstek elementarnych dla Zachodu - ideą doprowadzoną do absurdu i zdewaluowaną. Schizofreniczny Gotanda z powieści Murakamiego "Dance, Dance, Dance", którego osobowość rozpada się nieodwracalnie na prawdziwe ja o mrocznych, morderczych skłonnościach i fasadę konformistycznego członka społeczeństwa, może służyć jako metafora tego stanu rzeczy.

Wystające gwoździe

Jednym z przykładów załamywania się "kolektywizmu banzai" może być zjawisko "singli pasożytów". Termin parasite single ukuł socjolog Masahiro Yamada w słynnym bestsellerze z 1999 r. "Era singli pasożytów". Pisał głównie o młodych kobietach, ale dziś ten termin odnosi do rosnącej grupy osób płci obojga, które pozostają w stanie wolnym i mimo zaawansowanego wieku nadal mieszkają z rodzicami. Znaczna część z nich mogłaby sobie pozwolić na mniej czy bardziej skromną samodzielność mimo horrendalnie wysokich cen mieszkań w japońskich miastach. Jednak nie robią tego - i dziś około 60 proc. samotnych mężczyzn oraz 80 proc. kobiet mieszka z rodzicami, przy czym większość nie partycypuje w kosztach utrzymania.

Jak każe japońska tradycja, dzieci opuszczają dom rodzinny dopiero po ślubie. Problem w tym, że współcześni dwudziesto- i trzydziestolatkowie nie chcą brać ślubu i mieć potomków, odwlekając tę decyzję w bliżej nieokreśloną przyszłość. Idea japońskiej rodziny nie jest już na tyle silna, by skłonić singli do rezygnacji z wygód, jednak wiara we wpływ jednostki na losy świata nadal jest zbyt słaba, by nakłonić ich do aktywnego działania w sferze publicznej. W japońskiej tradycji konformizm, umiejętność gładkiego przystosowania się do grupy ceni się bardziej niż ekstrawagancje - jedno z najczęściej cytowanych przysłów mówi: "Wystający gwóźdź zostanie wbity". Japońska kategoria wa - oznaczająca harmonię, pokój, zgodę - każe traktować jednostkę jako część harmonijnie funkcjonującej całości. To dlatego wycofanie się, odmowa uczestnictwa jest jedyną przyjętą formą buntu.

Edukacja w Japonii nadal kładzie nacisk na wysiłek i posłuszeństwo raczej niż na rozwijanie indywidualnych zdolności i umiejętność mówienia własnym głosem. Wertykalna hierarchia wszystkich układów społecznych, łącznie z małżeństwem, wikła jednostkę w sieć relacji opartych na prawie starszeństwa i płci. A skoro tak, życie na koszt rodziców, konsumpcjonizm, oddawanie się swoim małym hobby wydają się singlom pasożytom nie najgorszym rozwiązaniem - łatwiejszym niż bycie "wystającym gwoździem", przyjemniejszym niż grupowe samobójstwo, których fala niedawno znów wstrząsnęła Japonią. U podłoża tej postawy leży nie tylko egoizm, lecz również brak nadziei i wiary, że można cokolwiek zmienić. Ten indywidualizm wiecznych dzieci, które nie chcą dorosnąć do odpowiedzialności za swe życie, stanowi poważny problem w społeczeństwie tak szybko starzejącym się jak japońskie.

Skrajną postacią przywiązania do rodzicielskiego gniazda jest hikikomori, czyli patologiczna potrzeba wycofania się ze społeczeństwa i zamknięcia w odosobnieniu. Osoby, których dotknęło hikikomori, w ogóle nie opuszczają swego pokoju. Brakuje oficjalnych statystyk, ale szacunkowe dane mówią o milionie osób egzystujących w taki sposób. By do minimum ograniczyć kontakty z innymi, prowadzą one życie na opak - śpią w dzień, by nocą grać w gry telewizyjne lub surfować w internecie. Rodziny nie wiedzą, jak pomóc swoim "wycofanym" dzieciom, i wstydzą się ich inności, dlatego dostarczają im wszystko, czego te potrzebują, by trwać w czterech ścianach swego pokoju. Rekordowy przypadek hikikomori, o jakim czytałam, to siedem lat spędzonych przez młodego człowieka w ten przygnębiający sposób. Mamy tu do czynienia ze społeczną neurozą, która wymaga kompleksowego leczenia.

Zjawiska takie jak single pasożyty i hikikomori skłaniają naukowców i publicystów do namysłu nad "zdrową" i "niezdrową" wersją japońskiego indywidualizmu. Japonia nie jest już odizolowaną wyspą na krańcach świata, lecz częścią globalnej wioski, gdzie nie tylko bohaterowie Murakamiego piją zagraniczne alkohole i słuchają amerykańskiej muzyki. Hołubione przez wieki marzenia o "absolutnej wyjątkowości" Japonii muszą odejść do przeszłości. Inny japoński pisarz Ryu Murakami (zbieżność nazwisk przypadkowa) pisze w eseju "Japan's Lost Generation", że "ludziom społecznie wycofanym kontakt z realnym światem sprawia ból i dlatego uciekają w świat wirtualny". Jednakże "Japonia musi się zmierzyć z rzeczywistością". Ludzie stają dziś wobec konieczności podejmowania coraz bardziej złożonych decyzji i dlatego bycie nonkonformistą, "gwoździem, który wystaje", stanie się prędzej czy później jedną z możliwych opcji.

Trzeba więc szukać trzeciej drogi między opresywnym, zabijającym ducha "kolektywizmem banzai" a równie destruktywnym hikikomori.

Musimy dać im dobrą historię

W 1993 r. Ichiro Ozawa wydał książkę, w której postuluje konieczność uwolnienia Japonii od kilku największych bolączek - centralizacji władzy w Tokio, korporacji, przepracowania, dyskryminacji ze względu na wiek i płeć oraz absurdalnych regulacji odgórnych. Co więcej, w ostatnich latach rolę promotora indywidualizmu wziął na siebie... rząd, zachęcając w kolejnych raportach do "indywidualnej odpowiedzialności" i "polegania na sobie". O ile w latach sukcesów gospodarczych wiele pisano o pożytkach grupizmu, dziś coraz częściej utożsamia się go z brakiem odpowiedzialności i moralnym rozkładem. Z zapomnienia wydobywana jest rodzima tradycja indywidualistyczna, a nazwiska takich jej prekursorów jak Yukichi Fukuzawa (1835-1901) czy Masao Haruyama (1914-1996) cytowane są jako chlubne przykłady. Indywidualizm powoli przestaje być brzydkim słowem. Shingo Kashima w artykule "Resurfacing Individualism in Japan Today" nawiązuje do rządowego raportu na temat celów Japonii w XXI wieku, pisząc, że zaczyna się "epoka jednostki".

Reformy w sferach tak istotnych jak system edukacji czy równouprawnienie kobiet przebiegają jednak powoli, a indywidualizm odgórnie sterowany nie wystarcza. Murakami przestrzega przed sytuacją, w której dla ludzi nieodnajdujących się w społeczeństwie jedyną alternatywą będzie sekta podobna do Aum. "Powinniśmy dać tym ludziom dobrą historię" - mówi pisarz.

Takie "dobre historie" - opowieści o "wystających gwoździach" - powstają i zdobywają powodzenie na japońskich wyspach. Wśród bohaterów stworzonych przez Murakamiego czy Yoshimoto spotykamy nie tylko przedstawicieli kultury, która wydawała się nam zawsze egzotyczna, lecz także - czy przede wszystkim - ludzi dzielących z nami wspólne lęki, niepokoje i zamiłowanie do dobrego piwa. Podczas tokijskiego spotkania państw Wielkiej Siódemki w 1993 r. japońskie ministerstwo spraw zagranicznych rozdawało wśród uczestników narady egzemplarze powieści "Kuchnia", uznawszy, że nikt tak dobrze nie wprowadzi cudzoziemców w japońskie klimaty jak Banana Yoshimoto.


Japońskie nazwiska pisane są według wzoru zachodniego (na pierwszym miejscu imię)


Dr Joanna Bator (ur. 1968) - antropolog kultury, publicystka, pisarka. Pracuje w Zakładzie Teorii Kultury Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Jej najnowsza książka "Japoński wachlarz" została uznana za Książkę Zimy 2004 Poznańskiego Przeglądu Nowości Wydawniczych.